„Z opowieści wigilijnych” – opowiadanie

Część I

Cztery dni do wigilii…

……………………………………………………………………………………………………………………………………………

– Lubisz święta?

– Nie, nie bardzo…. – zawahała się.

– Chcesz o tym opowiedzieć?

– O czym tu opowiadać, nie lubię i już… – znowu wahanie – A ty?

– Ja lubię, nawet bardzo. Ale nie wiem czy chcesz o tym słuchać?

– Nie, nie bardzo…Bo co w tym fajnego?! Ten cały szum, zakupy, pośpiech… wszystko bez sensu, wszystko na pokaz. Potem i tak jest tak samo.

– Czyli jak?

– Nooo, bez sensu.

– Bez sensu?

– No wiesz… bez życzliwości, miłości, radości, tego wszystkiego czym te święta mają być!

– Aha…wiesz, ja mam trochę inne doświadczenia, czy w takim razie może być tak i tak?

– Że niby i dobrze i źle? Pewnie może…- trochę uspokoiła głos – ale to nie moja bajka.

– No słyszę, i w sumie to bardzo mi przykro, że nie miałaś fajnych świąt…

– Skąd to przypuszczenie, że nie miałam fajnych świąt? Zdarzają się takie…teraz…tylko jakoś nie umiem tego sobie wbić do głowy, że teraz jest inaczej.

– Tak, wiem jak to jest z tą głową – nie chce nas słuchać – przytaknęła żywo.

– No właśnie. Wiesz, ja już od wielu lat mam lepiej, niż tam w domu, z nim, z nimi. Ale co roku, gdy zbliża się ten czas jestem taka zła, naburmuszona, odpycham wszystkich, robię to co się robi na święta, ale tak się złoszczę!!! Tak bardzo się złoszczę…- skończyła.

Po policzkach popłynęły łzy, spuściła głowę, ręce splatała w nerwowym tańcu. Sięgnęła po chusteczkę i szybko wytarła oczy, tak jakby łzy spływając miały wypalić ślady na jej policzku.

– I najgorsze, że wiem, że to już było. Że to już nie wróci, ale to jest takie silne….

Płakała dalej, teraz już odważniej.

– Uhm, to są bardzo silne wspomnienia. Smutne chyba bardzo?

– Złe i smutne.

– Wiesz, ja też mam takie. Wiem, że już minęły, że to już za mną. I dumna jestem, że sobie z tym poradziłam, że pomimo tego potrafię cieszyć się tym, co teraz. A ty?

– Pytasz czy ja jestem dumna?

Przytaknęła.

– Nie…no nie wiem…z czego tu być dumnym? Choć wiesz może troszkę. Bo ja teraz robię inaczej, pomimo…lekko uśmiechnęła się – Staszek kupuje co roku taką fajną żywą choinkę. Cieszymy się jak dzieci, gdy ją ubieramy… – jej oczy się uśmiechnęły.

– Fajnie, opowiesz mi o tej waszej choince? Ciekawa jestem czy macie jakiś system ubierania! – zaśmiała się

– A żebyś wiedziała, więc tak. Ja….

Część 2

Trzy dni do wigilii…

……………………………………………………………………………………………………………………………………………

To już ich trzecie święta razem. Poznały się jak Kasia miała 19 lat. Ot tak przyszła do kwiaciarni zapytać czy nie szukają pracownika. Nie wiedziała, na ile może zaufać drobnej blondynce o wyglądzie dziecka, ale była tak przywalona robotą, że zaryzykowała. Była połowa grudnia, a zamówień miała tyle, że mogłaby pracować non stop dwa miesiące. Długo się docierały, przede wszystkim dlatego, że Kaśka była bardzo skryta. O wielu sprawach nie mówiła, o błędach w pracy też. Jakby się bała. No teraz to już wiedziała, że ona naprawdę się bała. Wtedy nie rozmawiały o świętach, nie było czasu.

– Ja wspominam święta jako wyjątkowy czas – zaczęła – wtedy można było zjeść pomarańcze i szynkę. Pycha była ta szynka… – rozmarzyła się.

– Serio?! – w głosie Kaśki słychać było niedowierzanie – Szynka tylko na święta?

– No tak było. Czterdzieści lat temu takie produkty to był delikates, ciężko zdobyty. Więc święta były naprawdę wyjątkowe, nie to co teraz. Wszystko masz cały rok, to co za atrakcja? Żadna. I już właściwie nie wiadomo jakie prezenty kupować. Wszystko jest. Chcesz to masz. – prychnęła.

– To nie prawda. Nie wszyscy mają wszystko – w głosie Kasi zabrzmiał smutek – ja nie tak dawno nie miałam wszystkiego…i chyba dzisiaj też nadal nie mam wszystkiego.

Siedziały w milczeniu. W kubkach parowała przed chwilą zrobiona herbata. Żeby było bardziej świątecznie dodała do niej cząstki pomarańczy, goździki i cynamon. Nawet najprostsza torebka tego napoju stawała się z tymi dodatkami rarytasem. Często tak siedziały nic nie mówiąc. Jakby nie chciały przerywać czegoś ważnego między sobą. Każda zatopiona wzrokiem w swoim kubku. Zresztą śmieszne takie te kubki były, w kształcie bucików. Zbierała je na wrocławskim jarmarku bożonarodzeniowym. Co rok inny, parę zbiła ale te się ostały. Cały czerwony ze św. Mikołajem, i niebieski z jarmarcznym obrazkiem.

– Pamiętam jedne takie święta… – Kasia lekko podniosła głowę jakby sprawdzała, czy jej słucha – mama jakimś cudem zdobyła buraki i ziemniaki. Jedliśmy ziemniaki z barszczem. Choć barszcz to chyba za dużo powiedziane, po prostu wywar z tych buraków. I wiesz, to była najpyszniejsza kolacja wigilijna jaką wspominam…może taka najspokojniejsza.

– Ojca nie było – zapytała na wpół twierdząco.

– Nie. – Kasia zanurzyła oczy w kubku.

Była taka drobna jak się na nią patrzyło, a na tym krześle, z podwiniętą pod siebie jedną nogą wydawała się jeszcze mniejsza. Plecy miała lekko zgarbione, włosy dotykały zaledwie szyi. Lekko rozchylone wargi drżały. Zgadła, że to wzruszenie. Ale nie chciała ujawniać, że widzi.

– Chcesz opowiedzieć mi o tej wigilii? – zapytała.

– Może innym razem. – potrząsnęła grzywką i odstawiła kubek. Wyglądała jakby otrzepywała się z czegoś – Chyba mamy jeszcze sporo roboty. Zostały tak naprawdę tylko trzy dni do świąt.

– Tak chodźmy, wiesz jeszcze musimy zrobić stroiki dla Bendkowskich, wiesz te z białymi….

Część 3

Dwa dni do wigilii

……………………………………………………………………………………………………………………………………………

Borys wesoło merdał ogonem. Lubił, gdy zabierała go do pracy – mógł być cały czas przy niej i pilnować. Odkąd zostali sami pilnował jej na każdym kroku. No właśnie, odkąd zostali sami. Ona i Borys. Borys i Ona.

– Fajny jest… – wesoło stwierdziła Kaśka – lubię jak do nas przychodzi, jest jakby cieplej…

– Cieplej?…no tak, to jest fantastyczny towarzysz – uśmiechnęła się i pogłaskała Borysa po grzbiecie. Był małym niezbyt rasowym psem, uszka klapnięte, czasami odstawały jak u nietoperza. Rozśmieszało ją to. Był kudłaty, taki trochę szorstkowłosy, niskie grube łapki. Generalnie jamnikowaty, ale pyszczek bardziej przypominał sznaucera. Był bardzo wesołym i bardzo lojalnym psem. Chodził przy jej nodze jakby bał się odejść choćby na chwilę, to nawet zrozumiałe. Kręcił się między kwiatami, czasami deptał pąki a wtedy Kaśka wydobywała z siebie pomruk, który natychmiast przyprowadzał go do porządku.

Był późny wieczór. Sklep już od 20 minut był zamknięty. Porządkowały podłogę i ladę – obie pełne kawałków kwiatów, gałązek, kokardek. Kaśka zbierała plastikowe odpadki. Wszędzie było pełno zeschłych listków gwiazd betlejemskich i sosnowych igieł, z których zrobiły już dziesiątki stroików. Osiedlowa promocja działała.

– Mogę Cię o coś zapytać? – nieśmiało spojrzała na szefową.

– Oho brzmi poważnie – pytaj, jak nie będę chciała to po prostu nie odpowiem – zapowiedziała pewnym i dość radosnym tonem.

– Jak… jak sobie poradziłaś po tamtym… no po tamtym wydarzeniu?

– Pytasz o wypadek Natki? – jasny wzrok skierowała na Kaśkę, ta nieśmiało przytaknęła.

– No wiesz, minęło już sporo czasu. Ja nie wiem, czy sobie poradziłam, po prostu żyję dalej. Pytasz czy nie chciałam odejść razem z nią? Jasne, chciałam nie raz. Spędzałam więcej czasu na cmentarzu niż w domu. Dzisiaj już patrzę na to inaczej. Jej już nie ma, ja mogę żyć dalej. To dar. Mimo wszystko.

– Nie rozumiem, jak ty to robisz. Przepraszam, ale życie ci się posypało, a ty mówisz – to dar, nie kumam, zupełnie….

– Twierdzisz, że życie mi się posypało? Tak – z jednej strony tak. Ale dzięki temu momentowi zobaczyłam, co jest dla mnie najważniejsze. Na co się spalam, a co może przynieść mi odrobinę radości. To nie było łatwe, to było cholernie trudne. Ale teraz jesteśmy tu, razem, w tej małej kwiaciarni, która jest moim życiem. Bez pośpiechu, deadlinów i krawaciastych jegomości, którzy oceniają moją wartość. Straciłam masę życia, również czasu, który mogłam spędzić razem z Natalią. Ale wiesz co? Jej śmierć uświadomiła mi, że trzeba inaczej, że nie warto.
I teraz mogę spędzać czas z kwiatami, klientami, Tobą i Borysem. Niczego więcej nie potrzebuję …

Ledwo łapała oddech, usiadła na zydelku i objęła miotłę. Oparła czoło o jej kij i przeciągle wciągnęła powietrze, tak jakby miało jej starczyć na kilka dni. Potem powolutku wypuściła je. Ręką przesunęła kosmyk włosów z czoła, wytarła oczy. Były mokre. Borys położył łeb na jej kolanach. Był gotów na miłość.

– Przepraszam – cichutko wyszeptała Kaśka – nie chciałam…

– Nic się nie stało, po prostu obudziłam stare wspomnienia. Ale ja potrzebuję czasami z nimi spotkać się, żeby nie udawać, że jestem taka bohaterka. Odczuwam ból po stracie Natki, okrutny i odczuwam radość z mojego życia takim jak teraz jest – to jest ok, czuć i to i to. Tak umiem teraz żyć, nie wiem czy najlepiej, ale dla mnie najpełniej. Koniec jednego to zawsze początek drugiego, innego. Z tatą Natusi nie wyszło nam. Trudno. Nie żałuję. Co miało być dobre – było.

– To paradoks, ale zazdroszczę Ci tego pogodzenia się z przeszłością. Ja jeszcze nie umiem. Jakoś mi to nie idzie.

– Przyjdzie czas na wszystko – uśmiechnęła się delikatnie – chodź Kasiu mamy jeszcze trochę roboty, a fajnie byłoby się wyspać. Zostały nam tylko dwa dni do wigilii, a zamówień moc. Jutro rano muszę pojechać na giełdę, bo zabrakło rokitnika. Mogę Cię zaraz odwieźć do domu, ciemno i zimno dzisiaj.

– Nie trzeba, dziękuję – za 15 minut będzie Staszek. Mówiłam Ci? Postanowił zrobić barszcz z kiszonych buraków, no wiesz taki…..”

Część 4

Jeden dzień do wigilii

……………………………………………………………………………………………………………………………………………

W końcu miały czas na odpoczynek. Siedziały ja zwykle przy stole w pokoiku socjalnym. Obie wpatrywały się w szklanki z gorącymi naparami. Kwiaty czarnego bzu i pędy sosny. Dbała o siebie i o Kasię. Jak o córkę… Praca była niełatwa, dodatkowo w kwiaciarni panował lekki chłód – kwiaty nie lubią ciepła. Tylko tu, w pokoiku socjalnym było przyjemnie. Pod oknem stał mały elektryczny grzejnik nawiewający ciepłe powietrze. Każda trzymała ręce wokół szklanki z naparem a nogi wyciągały się w stronę grzejnika jak trawy w stronę słońca. Panowała cisza. Jedynie nawiew dawał oznaki życia.

– Miewasz jakieś życzenia bożonarodzeniowe? – przerwała milczenie

– Życzenia? Nieee, chyba nie. Jeszcze jako mała dziewczynka marzyłam to o lalce Barbie, to
o wózku dla moich miśków, to o klockach lego. Ale szybko nauczyłam się, że nie warto czekać. W domu ledwo starczało do pierwszego. Więc prezentem stawała się syta kolacja i ciepłe buty w zimie.

– A teraz? A teraz marzysz?

– Teraz? No czasem tak. Z resztą ze Staszkiem to jest łatwe, on lubi spełniać moje zachcianki – cieniutko zachichotała jakby właśnie coś napsociła – ostatnio to nawet jak sobie wymyśliłam ciepłe skarpety z wzorem w mikołajki, to pół Wrocławia zjeździł żeby takie dostać. I przywiózł! – dodała z triumfem

– Fajny ten twój Staszek. Tata Natusi też był dobry. Ale nie uniósł ani swojej ani mojej rozpaczy. I te nasze drogi się rozeszły. Ale pamiętam, że zawsze na święta kupował ogromną żywą choinkę. Targał ją do domu a ja złościłam się co roku, że nie ma gdzie jej postawić. A piękna była! A jak ubrałam to jeszcze piękniejsza! Teraz to nawet stroika mi się nie chce stawiać. Bo dla kogo? Dla mnie i dla Borysa?

– No ale masz przecież przyjaciółki! Nie możecie razem świąt spędzić?  – zapytała Kasia z niedowierzaniem.

– Kasiu, każdy ma swoje życie, swoich świątecznych gości. Ja nie chcę wigilijnego wieczoru spędzać z obcymi ludźmi, wolę już z Borysem. I wdzięczna jestem, że te moje kochane mają swoich mężów i rodziny w komplecie. Niech się cieszą sobą…

Zamilkły. Znowu tylko nawiew dawał znać, że tu jest życie. Pokoik socjalny był naprawdę malutki. Niewielka lodówka, stół obłożony kwiecistą ceratą, dwa krzesła i mały stołek – zajmowały właściwie całą przestrzeń. Na lodówce stała mikrofala i niewielki czajniczek. Jeszcze unosiła się nad nim para będąca wspomnieniem niedawno wrzącej wody. Za drzwiami stał wieszak na kurtki i torebki. Nie trzymały tu nic cennego, kwiatów też nie było, kwiatów miały dość.

– A było w świętach coś, co lubiłaś? – zapytała patrząc na swoje ręce, tak jakby nie chciała spłoszyć Kaśki.

– Czy ja wiem… no jak było coś dobrego do zjedzenia to lubiłam. Czasami jakiś drobiazg lądował pod choinką – pachnące mydełko, gumka z cekinami do włosów – to były skarby. Ale to jak nie przepił całej wypłaty, albo nie sprzedał. Często przed świętami wygrzebywał to, co mama kupiła i wynosił. Ona nie sprzeciwiała się, wiedziała, jak to się skończy. Ale starała się tak chować, żeby nie znalazł. Potem ja chowałam to w moim pokoju. Na wszelki wypadek. Najbardziej to lubiłam jak pokłócił się z mamą i wyjeżdżał w święta do rodziny na wieś. Takie święta były najpiękniejsze i nieważne, że biedne…

– Wybaczyłaś mu?

– Chciałam…serio…nie potrafię. Często go nienawidzę, ale tak samo często odczuwam tęsknotę za takim, jakim bywał od czasu do czasu…

– To znaczy jakim?

– No wiesz – normalnym ojcem – robił żarty, nosił mnie na barana, obejmował radośnie mamę. Ale czym byłam starsza, tym on bardziej oddalał się od nas. Po prostu.

– Po prostu – powtórzyła, choć w sercu czuła, że to wcale nie takie proste.

– A ty Lidziu? Co ty lubisz w świętach?

– Lubiłam – poprawiła ją – zapach pomarańczy, pieczonego chleba, krzątaninę mojej mamy, ekscytację oczekiwaniem na prezenty, cały ten świąteczny kicz – uwielbiałam go…

– Już nie uwielbiasz?

– Nie … – urwała, schyliła głowę, czuła, że łzy napływają jej do oczu. „Nie, nie teraz, teraz nie chcę, potem” – toczyła z nimi dialog. Zacisnęła szczęki.

W tej samej chwili usłyszały dzwonek zawieszony przy drzwiach, dawał im znać jak do sklepu wchodził klient.

– Siedź Kasiu – rzuciła – ja pójdę.

Wiedziała, że to da jej chwilę zapomnienia.

Część 5

Wigilia

……………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zamykała sklep. Już i tak nikt nie zaglądał. Była 15. Wszyscy już w domach albo w drodze do nich. Kasi dała dzisiaj wolne. Nie były potrzebne obie, a ona ma przynajmniej do kogo wrócić i dla kogo przygotowywać kolację.

Miała bardzo blisko do domu. To było ważne ze względu na Borysa. Nie zawsze zabierała go do pracy ale zawsze mogła wyskoczyć, by wyprowadzić go na spacer. Dosłownie 5 minut piechotą. Stara kamienica, taka jak lubi. Po śmierci Natusi ustalili z mężem, że sprzedają dom. Podzielili się pieniędzmi i ona kupiła niewielkie kamieniczne mieszkanie z balkonem. Dwa duże pokoje
i ogromna kuchnia. Dobrze się tam czuła, urządziła po swojemu, trochę kwiecisto, trochę przysadziście – takie jej osobiste art deco.

Szła powoli. Mimo wczesnej godziny było dosyć ponuro, mroczno i zamiast wyczekiwanego śniegu padała przejmująca chłodem mżawka. Dzięki tej niewymuszonej ciemności mogła podziwiać światełka, które pięknie i jednocześnie kiczowato ozdabiały okna, balkony, choinki przed domami i właściwie wszystko, co się dało ozdobić.
Z zainteresowaniem spoglądała na każdą kolejną dekorację. Stanęła przy pobliskim skwerku, zamknęła oczy i wystawiła twarz w stronę kropel deszczu. Uspokoiła oddech, poczuła wyraźny mokry chłód na twarzy. W środku miała spokój. Po krótkiej chwili ruszyła w stronę swojej klatki. Ten sam rytuał: torebka, klucze, ogromne ciężkie drzwi, dwa piętra wysokich poniemieckich schodów i znowu klucze, drzwi. A za drzwiami słychać już było ruch merdającego Borysa. Nie szczekał. Wiedział, że to ona. Weszła.

– Cześć Borysku, mój kudłaty przyjacielu – ukucnęła koło niego i przez kilka dobrych minut dzielili się wyrazami miłości. Raz za razem śmigał po jej rękach i twarzy wilgotny, ciepły jęzor psa.

– To co kochany, spacerek? – założyła mu smycz i już obracała się w kierunku wyjścia, gdy usłyszała dzwonek. Nieco zaskoczona podeszła do drzwi i zerknęła przez wizjer. Kasia.

„Kasia? Co ona tu robi?” pomyślała i w tej samej chwili otworzyła. Borys z radości szczekał jak oszalały. Gdy już minęła chwila na psie powitania, Lidzia zaprosiła Kasię do środka.

– Coś się stało, że przyszłaś?

– Nie, zupełnie nic – nieśmiało i dość cicho odpowiedziała – ja wiesz pomyślałam sobie, że…właściwie to znamy się tyle lat już… i jesteś wiesz… no jesteś…

– Kasiu, na miły Bóg wyrzuć to wreszcie z siebie, bo zawału dostanę! Coś się stało?

– No jesteś dla mnie ważna – jak z torpedy wystrzeliła Kaśka, tak jakby już trud tego wyznania chciała mieć za sobą – no właśnie jesteś dla mnie ważna. Tak jak Staszek jest dla mnie ważny. I dla Staszka też jesteś ważna. Bo jesteś wiesz… no jak członek naszej rodziny jesteś. I mamy ten barszcz na zakwasie i … no nie chcemy go sami zjeść, chcemy go jeść z Tobą – zakończyła i zorientowawszy się, że przez całą wypowiedź nie oddychała, wzięła długi głęboki wdech a potem szybko i pewnie wydmuchała powietrze otwierając szeroko usta.

– No więc chcielibyśmy, żebyś spędziła i Ty i Borys wigilię z nami …– wyczekująco, szeroko otwartymi oczami spojrzała na Lidzię.

Ta zaniemówiła. Nie spodziewała się tego. W głowie miała chaos i pomieszanie. Z jednej strony lubiła ten czas sam na sam z Borysem i sobą, bez wymuszonego dzielenia się opłatkiem. Z drugiej wiedziała, że im bliżej wieczora tym będzie jej coraz smutniej. „Może by tak zarzucić tą samotną tradycję nie-świętowania?” – pomyślała.

– Kasiu jestem zaskoczona… nie jestem za bardzo przygotowana, nawet nie mam nic zrobionego, żadnego dania.

– No co Ty! Przecież my mamy wszystko – i ten no, ten barszcz, i rybę, i nawet makiełki zrobiłam. Chodź do nas, proszę…

Uśmiechnęła się, naprawdę poczuła, że chce iść.

– No skoro Borys też może iść, to bardzo chętnie. Tylko daj mi chwilę, wezmę parę rzeczy…

– O nic się nie martw, potem Staszek cię odwiezie, a jak będziesz chciała to możecie z Borysem nawet u nas przenocować – krzyczała Kaśka za znikającą w pokoju Lidzią.

Chwila krzątaniny i już była gotowa. Nawet naprędce zabrała po drobiazgu dla Staszka i Kasi, zawsze miała jakieś drobne gadżeciki w domu.

Zeszły na dół. Staszek stał przed samochodem uśmiechnięty od ucha do ucha. Rozłożył ręce jakby chciał ją przytulić.

– Wiedziałem, że się zgodzisz się – zatriumfował – a Kaśka nie wierzyła. Otworzył drzwi i z gracją kamerdynera machnął ręką przed Lidzią i Borysem.

– Zapraszamy – będziemy ogromnie zaszczyceni! – cała trójka zgodnie się roześmiała.

– A Ty wiesz Lidzia, jaki ja cudowny barszcz na zakwasie zrobiłem – rzucił wsiadając za kierownicę – i rybka osobiście złowiona przeze mnie będzie i…

Zasłuchana w jego życzliwe szczebiotanie, delektowała się ciepłem, jakie nagle poczuła w brzuchu. „Dzisiaj jest dobry dzień” – pomyślała. Przytuliła mocno Borysa, tak naprawdę przytulała samą siebie. Uśmiechnęła się.

Wszystkie dialogi i postaci są fikcyjne.